Po co istnieje człowiek?
Autobus szalał po ulicy dziurawych wstęgach a ja w nim, ale jakoby mnie w nim nie było, jako bym był gdzieś tam z dala od ciała swego w myśli bezkresie zanurzony, niczym ten topielec w rzeki dzikich odmętach, lecz ja nie potrzebowałem ratunku, ni pomocy, nie bałem się nikogo ani niczego.
Z każdą minutą, sekundą każdą zanurzałem się wciąż głębiej i głębiej w tą moją rzekę z myśli. Stopniowo stawałem się tąrzeką, tą myślą, choć czy nie każdy z nas tylko myślą czyjąś jest?
Myślałem o sobie, człowiek - Ja. Nie, nie myślałem o sobie tylko, nie tym razem, albowiem tym razem myślałem o ludzkości, o pyle marnym obecnego wieku, czasów obecnych - złych lub dobrych, uczciwych lub nieuczciwych, prostych lub krętych, wszak każdy widzi je na swój sposób, sobie tylko właściwy i niepowtarzalny.
Po cóż masz ręce Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by nic nie robić? By ranić na wskroś? Czy też do dobrych czynów i pracy są przeznaczone? Do dobrych czynów powiadam! Albowiem gdyby do ran zadawania służyć w zamyśle swym miały, to siekierami by były, lub noży nadostrych ostrzami. Do dobra czynienia, stworzone, do dobra powiadam i pracy nad siły potne...
Po cóż masz usta Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by jadem, kłamstwem i złem parskać raz za razem w oczy ludziom, w ich twarze wynędzniałe i czasem chłostane i pod ich nogi naziemne? Czy po to usta twe, płatki róży przecudne, stworzono? Czy też do dobrych słów jak miód, do prawdy jak źródlana woda i do pocałunków miłosnych i wiernych? Do słów szlachetnych, słów miłosnych i słów prawdziwych stworzone są! Albowiem, gdyby usta twe służyć by miały do jadem, kłamstwem i złem parskania, czyż nie lepiej by było w ogóle ich nie mieć?
Po cóż masz myśli Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by snuć intrygi jakieś ku złu i krzywdzie drugiemu? By chwaścić głowę swoją tym co wypowiedzieć wielu było by niemożliwym, nieosiągalnym, plugawym i nieczłowieczym? Czy tez po to by świat uzdrawiać każdego dnia, wszak każdy czyn rozpoczyna się w głowy cienistym sklepieniem, słowo każde tam też bierze swój arche, iskrę oświecającą. Bowiem gdyby myśl twa plugawa i zła miała być miast głowy śmietnik byś dostał, tak by cała plugawą i złą zawartość bez słów było widać. Nie po to, mówię, nie po to masz głowę wspaniałą, mysli cudownej dar, by go sprzeniewierzać i zagłuszać śmietnika odpadami.
Po cóż istniejesz Człowiecze, pyle marny tych czasów, tego wieku? Czy po to by ranić, opluwać, okłamywać - słowem nie żyć wcale? Po cóż istniejesz, stworzony na podobieństwo Boże? Czy nie po to by żyć w pełni, nie robiąc nikomu i niczemu krzywdy żadne, żyć w prawdzie i zgodzie ze światem i ludźmi - słowem żyć pełnią? Po to zaprawdę i bezsprzecznie właśnie żyjesz, stworzony na podobieństwo Boże, pyle marny tych czasów i wieków, by właśnie Bogu i ludziom być przyjacielem i towarzyszem, po to właśnie i dlatego.
Żyj więc tak jak należy a przyjacielem bożym i ludzkim będziesz i co najważniejsze własnym przyjacielem będziesz, bo cóż wspanialszego by może od myśli co rano, od myśli u kresu a zarazem i na początku, od myśli owej, że się nikogo nie skrzywdziło, że było się dobrym człowiekiem (eh, człowiekiem choć raz być komuś!), że się było (i będzie na wieki wieków amen!) przyjacielem samego Transcendentalnego Boga.
Autobus szalał po ulicy dziurawych wstęgach a ja w nim spałem snem spokojnym, snem niezmąconym, snem prawych myśli, rąk i ust.
- Marek -
Coś pękło.

Coś pękło, obok niedzielnego chaosu małych ludzi, wtulonych w swoje mieszkania, jak w pierzynę, co stopy ogrzewa i zapobiega zimnu, a serca? Je też rozgrzeje?
Kładą termostat pod plecy zamiast wyjść do świata i ciepłem jego się ogrzać.
Coś pękło, może to ta żarówka w mieszkaniu starca, gasząc ostatnią iskrę nadziei ....starzec potrafił wpatrywać się w każdej odchodzącej z jego życia chwili w ową żarówkę, jak młodzi w to pudło z reklamami...zgasła nadzieja w jego oczach.
Brzdękło cichutko wśród mroku ulic niezauważalnie, znacząco, milcząco...pękło.
Butelka z mlekiem wypuszczona z pomarszczonych dłoni babci, które wyglądają jak mapa z nakreślonym starannie biegiem rzek, ileż to czasu...każda rzeka to długa chwila z życia.
Policzyłam moje, zaledwie dwie, a butelka tak samo wypada mi z rąk.
Mleku pozwoliła babcia w glebę wsiąknąć, jak nasionu-może obrodzi?
Torbę rozpiętą na ramionach jak krzyż powlokła dalej zostawiając stale jedną nogę z tyłu, jakby bojąc się zrobić krok w przód...Oby strach z oczu babci wylał się jak to mleko, ale wtedy może pozostałaby pusta jak ta butelka, cóż wypełniłoby miejsce po strachu...
Coś pękło, a może to szyba. Widzę teraz dokładnie rysę na szkle, jakby rysę w życiorysie małego chłopca... Nie tyle rysę w życiorysie co rysę w dzieciństwie. Kamień krzyczał szybując w przystrojone firanką okno, niebieskie od wieczornego seansu rodziców,
krzyczał:JESTEM TU SPÓJRZCIE, ZAUWAŻCIE!
Brzdęk odbił się od szyby, rozmył się w niedzielnym chaosie autostrad, utonął w brudnej rzece, nawet jego zwłok nie uniosła woda...nikt już się o nim nie dowie...
Pękł balonik, a miał fruwać pod niebem, trzymany zawsze na sznurku, jakaż to wolność, gdy ma się właściciela?
Uszło z niego powietrze dziurką mniejszą od tej z ukłucia szpilki-BUM- mała dziewczynka płacze.
Stoi ulica z krzywym trzepakiem. Biegają dzieci. Rodzice nosów swych, które lubią wtykać w życia innych, nie wynurzają poza własne drzwi. Samotny człowiek kuca w rogu, włóczęga szuka w śmietniku okrucha życia...Nikt z nich nie poda sobie dłoni, nie zostawi śladu na duszy drugiego. Przez ulicę przedzierają się krzyki z różnych światów. Światy te zawsze rozdzielnie TRWAJĄ, tylko trwają...nikt nie zauważy, że pękło.
Pękło wraz z butelką babci, z żarówką dziadka, jak jego marzenia, pękło wraz z szybą rodzinnego domu, jak balon wypuszczając powietrze wolności skondensowanej. Tak pękło serce człowieka. Nikt nie przyszedł, nie pogłaskał, nie ogrzał w dłoniach kawałka serca. Nikt nie zrobił tego również wcześniej......dlatego pękło.
Słyszysz?
- Kasia -
Blask chwili oczyszczający patrzenie.

Czasem przychodzi takiej chwili blask oczyszczający patrzenie, który sprawia, że nasze oczy zaczynają dostrzegać rzeczy wcześniej przez nie niedostrzegalne, że patrzymy patrzeniem odmiennym całkowicie, słuchamy słuchaniem innym i dotykamy dotykaniem swym nowym spraw i ludzi, którzy tak bardzo wydawali się nam znani. Widzimy w nowym blasku chwili oczyszczającej patrzenie świat stary: nadrzewną gałąź giętką, zieleniące się pozorną radością listki nagałęzdne, chmur kwitnienie na łace bezkresnego nieba albo porą zimową śnieg stoponośny tudzież wewnątrz gołębny głód nadśnieżnie zabójczy i osłabiający.
Pośród tych zdarzeń przyrody obserwujemy inne - człowiecze losy w odmęcie spraw a wraz z nimi człowiecze cienie złudne, które przy pierwszym rozpoznaniu wydają nam się takie podobne nam, takie ciepłorękie i goracokrwiste, jak my. Pośród wszystkich tych przejmujących zjawisk przyrody dane nam obserwować ludzi i ich cienie, tak w przychylności nam zastanawiających - nie zjednani kompani życiowych szlaków pokrętnych i prostych dróg zabaw towarzysze.
Pozorne wszystko jednak, wszystko zdaje się...
Albowiem nadchodzi czas, kiedy chwil zaszłych łańcuch jawiący nam się jako przecudnej urody przecina się z tym blaskiem chwili oczyszczającym patrzenie nasze. Dostrzegamy wszystko na nowo, wszystko i od nowa. Bowiem blask nowy rozprasza cień stary. Ludzi, którzy nam przychylni tak podejrzanie, tak dobrzy i jowialni stają nago w prawdziwym świetle jeno z tym listkiem Adamowym, a czasem nawet i bez niego.
Ludzkie cienie znikając w popłochu przed chwilą niosącą światło oczyszczające patrzenia. Znikają pozostawiając tylko nagich ludzi dawniej nam przychylnych, którzy w jednej chwili świetlistej przeobrazili się z niezrównanych, ciepłoręcznych towarzyszy dróg wszelakich w fałszywców przegnitych plugastwem swym na oścież, na wylot marny.
Tak więc, kiedy cień ludzkiej fałszywości przegoniony przez chwili blask oczyszczający patrzenie w pole daleko i bezpowrotnie, nie smuć się człowieku, bo dar i szczęście spadło na oczy twe i serce niezłomne. I odsłoniło nikczemność czynów, podłość myśli i fałsz słów ludzi. Nie szlochaj skrycie człowiecze, który jak ja w cień złudny tak długo patrzyłeś, będąc pozornie szczęśliwym, lecz żyjąc w nieświadomej nieprawdzie. Nie roń łez potoków, za chwilami, które niegdyś tyle radości dawały fałszywej. Nie tęsknij więc nigdy za tą przyjaźnią nigdy nie byłą, za tą marą dzienno - nocną, co ci serce kaleczyła, lecz ciesz się mądrością przez blask chwili oczyszczającego patrzenia podarowaną.
Schowaj w zapomnienie gniewu i nienawiści drzemiące pokłady, albowiem one zniszczyć cię mogą i na wiór wysuszyć w obojętności wobec świata i ludzi, a może ludzi i świata? Nie bądź zgorzkniały, bo to wygrana ludzi kłamliwych nad tobą. Po stokroć nie gorzkniej w swym odseparowaniu! Nie to jest drogą, nie to jest celem, nie to powtarzam, bowiem, żyć trza pełnią nie zaś obok, a z ludźmi, do skutku, kochając. Żyć z ludźmi i dla ludzi trza nie zważając na rany trudnobliźniące, na potwarze nieustające, na zło i brak panaceum, z ludźmi trza żyć, z ludźmi i ich cieniami...
Dzięki Ci o Chwilo Świetlista za dar tego błogosławionego, prawdziwego patrzenia, bo choć początkowo sobą tak wielki ból, rozczarowania i samotności przynosisz, to w końcu dajesz najbezpieczniejsze ze schronień wszelakich, bo schronienie w prawdzie.
- Marek -